Każdy dzień w siedlisku zaczynaliśmy od długiego leniwego śniadania. Potem kawka, coś słodkiego, hamak, książka, długi spacer. Jeśli padał deszcz zalegaliśmy w pokoju kominkowym, gdy świeciło słońce siadaliśmy na zewnątrz. Jedliśmy to co było na miejscu. Chleb od Stasiaków, ser od kóz i mleko od krowy sąsiadki. Po grzyby chodziliśmy do lasu, po jabłka wskakiwaliśmy do rowu przy drodze gdzie rosła stara jabłonka, po warzywa jechaliśmy w piątek na jarmark ze Stasiakiem. Wystarczyło tylko wyjść z domu żeby wrócić z czymś zjadliwym. A to szczaw się znalazł na łące a to kubek malin w lesie, a to znowu garść jeżyn albo kurki do jajecznicy. Wspaniałe, pachnące, proste. Do miasta nie jeździliśmy prawie wcale. Nie potrzebny był nam ani tłum ani większa cywilizacja. Na plażę zaglądaliśmy wieczorami kiedy plażowicze zwijali już swoje parawanowe zasieki i odsłaniał się wspaniały widok morza sięgającego po horyzont. Czekaliśmy na magiczny zachód słońca wydłubując pestki ze słonecznika leżącego między nami na piasku a po zakończonym spektaklu i długim spacerze wzdłuż brzegu wracaliśmy rowerami do domu. Mijała spokojna noc a następnego dnia znów budziliśmy się przy pianiu koguta i jako pierwsza przychodziła nam do głowy jedna jedyna myśl: „jak dobrze jest mieć święty spokój”.




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz