Tak właśnie wyobrażam sobie sielskie wakacje, które przeżyłam i do których mam nadzieję powracać

niedziela, 2 września 2012

Ziołowa apteka



Jogini pojawili się u Satsiaków w połowie lipca. Wróciliśmy właśnie z Adamem z plaży kiedy w drzwiach powitała nas brodata postać w białej płóciennej tunice i turbanie na głowie.
- Dzień dobry – powiedział lekko zmieszany Adam.
- Sat nam – brodacz składając ręce jak do modlitwy ukłonił się nam na powitanie.
Na szyi połyskiwał mu jakiś łańcuch z wisiorem a turban nad czołem spinało coś okrągłego jakby broszka. 
- Sat co? – spytałam po ciuchu Adama oglądając się za wychodzącym na podwórze zjawiskiem.
- A nie wiem, coś tam sat…To chyba ci jogini co mieli przyjechać w lipcu.
Z jadalni wysypało się jeszcze kilka białych postaci w turbanach. Kobiety i mężczyźni. Młodsi i starsi. Wszyscy pozdrawiali nas na powitanie tymi samymi słowami. Spojrzeliśmy z Adamem na siebie i jednocześnie wybuchnęliśmy śmiechem. A to ci dopiero!  
- Czuję, że nie będzie nam z nimi nudno – powiedział Adam patrząc przez okno na zbierających się przed domem brodaczy – ciekawe co oni tu będą robić? Może i nas czegoś nauczą. Kto wie?
Podeszłam do okna żeby przyjrzeć się towarzystwu. Na podwórku stała grupka ubranych na biało ludzi a każdy z nich niósł pod pachą białą baranią skórę i kocyk, ci którzy nie mieli skór nieśli maty albo grube koce. Czekali na swojego brodatego guru i rozmawiali ze sobą. Po chwili nadszedł i on, ukłonił się wszystkim a potem poprowadził grupę do wielkiego namiotu rozstawionego specjalnie dla nich w ogrodzie. Usłyszeliśmy hinduską jakgdyby muzykę i śpiew. Jogini zaczynali swoją tajemną praktykę.

Od Stasiaków dowiedzieliśmy się, że to nie taka zwykła joga tylko coś więcej.
- Oni tu proszę państwa będą nie tylko ćwiczyć ale też medytować i oczyszczać organizm specjalną dietą– wyjaśniła zwięźle Stasiakowa – dla mnie samej to będzie dobra szkoła jazdy. Na jutro zażyczyli sobie sałatkę z pokrzywy na obiad…Jakbym wiedziała to by mąż tej łąki za domem kosić nie kazał a tak to tylko bieda…
- Niech się pani nie martwi – poklepałam Stasiakową po plecach – my z Adamem pojedziemy wieczorem na łąki i się narwie tej pokrzywy, tam jest tego w bród. To dobrych ma pani gości, tani w utrzymaniu – zażartowałam siadając z kubkiem kawy przy kuchennym stole.
- A tak, tani, tylko nabiegać się trzeba będzie po lesie i łąkach. Pani patrzy – pokazała mi kartkę z jadłospisem – zwykłego mielonego to oni przecież nie zjedzą, o tu herbata z liści malin, a tu co? Nostrzyk? No masz. A jak to wygląda? – załamała ręce Stasiakowa i zrezygnowana przysiadła koło mnie.
- Pani się nie martwi przecież mówiłam, że jestem po farmacji. Kto ma się na ziołach znać jak nie farmaceuta. Ile tego pani przynieść? Dla mnie to sama przyjemność. – Spojrzałam na kartkę z jadłospisem – A jabłek też pani przynieść na ten podwieczorek? Będę szła po zioła to mogę zebrać spod jabłonki przy lesie.
- Jak ja się pani wypłacę za taką pomoc pani Kasiu? – uśmiechnęła się Stasiakowa rada, że o nostrzyk już się martwić nie musi.
- Dobrym słowem – Pani Teresko – no i może jeszcze kieliszeczkiem tej wspaniałej morelówki wieczorkiem na tarasie – odpowiedziałam w sumie zadowolona, że na coś mogę się przydać gospodarzom.
- A to nie ma sprawy. Morelówka będzie – Stasiakowa zawinęła rękawy i podreptała z koszykiem do ogrodu po buraki i lubczyk na obiad dla joginów. Tak przynajmniej polecono jej w rozpisce choć zupełnie tego nie była w stanie pojąć jak na obiad można zadowolić się jedynie gotowanym burakiem i kawałkiem zielonego…

Jogini praktykowali u Stasiaków dwa tygodnie. Ani się nie obejrzałam jak po udanym zbiorze nostrzyka zostałam ich nadworną zielarką i konsultantem od spraw medycznych. Codziennie miałam nowe zamówienia. A to na babkę lancetowatą, a to na szałwię, a to znów na dziurawiec i macierzankę. Oni zamawiali. Ja zbierałam. Wiązałam zebrane pędy w pokaźne bukiety i wraz z instrukcją użytkowania wręczałam je któremuś z brodaczy. Czasem sama dawałam im coś extra co akurat udało mi się znaleźć zupełnym przypadkiem. Słuchali moich zielarskich porad w największym skupieniu i skrzętnie zapisywali dawkowanie w swoich białych notatnikach sprawiając mi tym samym niezwykłą, nieopisaną radość. Wiedza, o którą prosili nie kosztowała mnie nic. Po prostu otwierałam odpowiednią szufladkę w pamięci i wyjmowałam to co tam było. To był akurat mój konik. W liceum lubiłam botanikę najbardziej a na studiach rozpoznawanie ziół w proszkach i granulatach, przypominanie sobie wiadomości z ziołolecznictwa było dla mnie samej jak magiczny powrót do przeszłości kiedy z kluczem do identyfikacji w ręku chodziłam na łąki zadając każdej napotkanej roślinie pytanie „jak się nazywasz?”. Cała ta zielna wiedza wyrosła i rozkwitła niespodziewanie dla mnie samej teraz. Zaskakujące jak w różnych kierunkach potrafi pchnąć nas życie… 



    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz