Tak właśnie wyobrażam sobie sielskie wakacje, które przeżyłam i do których mam nadzieję powracać

poniedziałek, 3 września 2012

W nowej rzeczywistości

Rano obudziło mnie pianie koguta. Leżałam w łóżku z naciągniętą pod brodę kołdrą i uśmiechałam się do siebie jak dziecko. To był prawdziwy kogut! Jak 100 lat temu w poprzednim życiu, kiedy budziłam się latem u babci na wsi i biegłam z pustą bańką po mleko do sąsiadki. Do ust automatycznie nabiegły mi śliny. Mleko od krowy! Tak, takie mleko i pajda razowca z powidłami – pomyślałam łakomie. Jeśli mają tu i takie rzeczy nie wrócę do domu nigdy. Przed oczami po kolei stawały mi obrazy z dzieciństwa: kręcenie bańką z mlekiem tak, żeby się nie wylała ani kropla, obieranie czosnku do kiszenia ogórków, babcia z garnkiem gotowanych kartofli dla zwierząt, wyprawa na wyspę po muszelki, ogniska nad Wisłą, zapach topoli wieczorem i zacierkowa na śniadanie. To wszystko skończyło się wieki temu. Teraz byłam tutaj. Bezrobotna, zmęczona, z wyczerpanymi bateriami. Usiadłam na łóżku z nogami wyciągniętymi przed siebie, Adam spał spokojnie nakryty jak zwykle tysiącem poduszek. Nie chciałam go budzić. Wstałam i wywędrowałam na taras z kubkiem ciepłej herbaty. Korek w dole ogrodu znów pilnował ruchliwego stadka. Odwrócił się na mój widok i wesoło pomerdał ogonem. Mądre, dobre psisko. Jestem tu zaledwie od wczoraj a on wita mnie jak swojego. Uśmiechnęłam się i machnęłam mu ręką na powitanie. Pies podskoczył w miejscu z radości i znów przysiadł spokojnie skupiając się na kozach jakby sobie przypomniał, że przecież cały czas jest w pracy. Usiadłam na drewnianych schodach i zdjęłam buty. Poranne słońce zdążyło już dobrze nagrzać stare deski, które teraz oddawały mi swoją łagodną energię. Poczułam się nieskończenie szczęśliwa. Ten dom, ci ludzie, ten pies i morze, gdzieś tam za horyzontem – to wszystko było takie wspaniałomyślnie, genialnie proste. Wystarczyło tu tylko przyjechać. I być.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz