Tak właśnie wyobrażam sobie sielskie wakacje, które przeżyłam i do których mam nadzieję powracać

niedziela, 2 września 2012

Zamek podstawy


Adam twierdząc, że nie będziemy się nudzić z joginami jak zwykle się nie pomylił. Kiedy chodziło o zwykłą usługę ziołozbieractwa byłam zachwycona, kiedy zaczęli się radzić w sprawach bardziej lub mniej medycznych dostawałam lekkiej zadyszki. Tłumaczyłam, że przecież lekarzem nie jestem, że przecież się nie znam, że na lekach i ziołach może i tak ale diagnozować nie potrafię a w zasadzie nawet nie mam prawa…Dla nich nie miało to najmniejszego znaczenia. Wszyscy jak jeden twierdzili to samo – nie lubimy lekarzy, jedyne w co wierzymy to odpowiednia dieta i zioła, no to co pani radziłaby na takie i takie dolegliwości?…Ja znowu swoje, a oni swoje. Próbowałam dopasowywać jakieś rośliny do objawów, którymi mnie częstowali, przykładaliśmy babkę na stłuczenia i parzyliśmy miętę na niestrawność. W końcu jakby nie było przysięga sprawowania opieki farmaceutycznej obowiązywała mnie cały czas. Schorzenia były banalne toteż rola znachora, której ode mnie oczekiwano wychodziła mi dość dobrze. Aż do czasu legendarnej wizyty pana Waldka. Waldek zapukał do mojego pokoju przed południem. Właśnie wracał z porannej praktyki z baranią skórą pod pachą. Uchylił delikatnie moje drzwi i zapytał czy miałabym dla niego kilka minut.
- Ależ oczywiście, proszę śmiało – skinęłam na Waldka ręką odsuwając wiązkę wrotyczu, który właśnie miałam w planie rozdzielić na małe pęczki – w czym mogę pomóc? – zapytałam gościa.
-   Widzi pani to jest trochę delikatna sprawa. Odczuwam w moim ciele zaburzony przepływ energii. Wszystkie czakramy pracują dobrze. Nawet czakram aury się rozjaśnił. Natomiast czuję wyraźne zaburzenia mulbandhu…Rozumie mnie pani? – spytał widząc moje wielkie oczy.
- Szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia – odparłam bez ogródek rozkładając ręce.
- Mulbandh, inaczej zamek podstawy. Kieruje energię Prany w dół, a energię Apany do góry do punktu pępka – wyjaśnił zaciemniając wszystko Waldek.
- Acha. Czyli co? – zapytałam jeszcze raz wyraźnie zmieszanego jogina.
- Pani Kasiu, pani nie ćwiczyła nigdy jogi? Jakby to pani zobrazować… – zastanawiał się przez chwilę pan Waldemar.
- No nie, nie ćwiczyłam. Mało rozumiem z tego co pan do mnie mówi. Może niech mi to pan pokaże jakoś…- zaproponowałam nie spodziewając się najgorszego.
- o właśnie! – zatriumfował Waldek, który na potrzeby kursu jogi kazał się nazywać Radża – dokładnie tak, ja to pani po prostu pokażę, to jest o tu – Waldek Radża jednym sprawnym ruchem opuścił portki do kolan i stanął przede mną jak go Bóg stworzył dzierżąc przyrodzenie w garści – to jest dokładnie tu – wskazywał triumfalnie na miejsce dokładnie u samej podstawy…
- Panie Waldku! Na Boga! Niech pan się trochę okryje! Mówiłam, że nie jestem lekarzem! Co ja mogę pomóc panu na schorzenia khmm…zamka podstawy?! – wybuchnęłam porządnie zmieszana całą sytuacją.
- Przepraszam najmocniej – kontynuował uparcie Waldek Radża – ja w lekarzy nie wierzę,  niech Pani spojrzy, ja czuję, że tam coś urosło.
Przeżegnałam się dwa razy na oczach Waldka wprawiając go tym samym w osłupienie.
- Mam panu obejrzeć zamek podstawy? O to mnie pan prosi? – zapytałam z niedowierzaniem.
- Tak! – krótko odrzekł jogin patrząc mi prosto w oczy żeby podkreślić powagę sytuacji.
- I nie tknie mnie pan przy tym w żaden sposób i zasłoni się trochę od przodu przy tej robocie a potem o wszystkim zapomnimy?
- Jak najbardziej. Dyskrecja przede wszystkim. Pani opinia jest dla mnie bardzo istotna. Ja się lekami truł nie będę. Tylko pani zobaczy a potem doradzi mi jakich ziół powinienem używać i będę to robił – pan Waldek nie poddawał się w swojej determinacji – bez sprawnie działającego mulbandhu cała praktyka Kundalini nie ma żadnego sensu…
- Dobrze. Niech pan to pokaże – z trudnością powstrzymywałam śmiech, który drążył moje wnętrzności już od dobrych 5 minut.
Waldek Radża przesłonił cenny front i odsłonił przedmiotową przestrzeń.
- O tu – wskazał na pokaźną ciemną narośl palcem.
Odsunęłam się trochę a potem przysunęłam żeby upewnić się co do przypuszczeń.
- Jasna dupa! – wyrwało mi się samo na widok bąbla – zamek podstawy mówi pan? – zwróciłam się do Waldka jawnie rozbawiona, nie mogąc już opanować śmiechu – testamentu niech pan jeszcze może nie spisuje, mam dla pana dobrą wiadomość. Będzie pan żył a energia Kundalini przepłynie panu jak Niagara prosto od mulbandhu aż po samą aurę. Tylko musi pan sobie usunąć tego kleszcza spomiędzy nóg. Ładnie się zdążył ożłopać tej pańskiej energii podstawy. Piękna hodowla panie Waldku. Pogratulować!
- Kleszcz?! – uśmiechnął się z niedowierzaniem jogin poprawiając na głowie turban – o masz! Jest pani pewna?
- Książkowy, panie Waldku. Książkowy. Ma pan jakieś szczypce? Niech pan kogoś poprosi z kolegów. Sam pan tego raczej nie usunie. Zna pan jakiegoś dobrego ślusarza od zamków podstaw? – zażartowałam z Waldka rozbawiona całą sytuacją.
- Żartuje sobie pani ze mnie. A to poważne sprawy. Zablokowany mulbandh to koniec dla jogina. Ale to nic. Poradzę sobie. No to mnie pani uspokoiła. A już się bałem, że bez szpitala się nie obejdzie. A ja nie wierzę w lekarzy…
- Tak, już pan mówił. Wszystkiego dobrego panie Waldku. I niech energia Kundalini będzie z panem! – pożegnałam wychodzącego na korytarz pacjenta.
- Sat nam! – odpowiedział ucieszony.
- Niech będzie i sat nam – odpowiedziałam zamykając drzwi.
Przy Waldku próbowałam nad sobą panować, teraz gdy wyszedł padłam na łóżko skręcając się ze śmiechu. „Zamek podstawy” – to dobre, muszę to sobie gdzieś zapisać! Dawno nic mnie tak nie ubawiło. Podeszłam do brulionu z kartkami i wyciągnęłam jedną z nich. Zapisałam słowa Waldka a po chwili zastanowienia i ponownym ataku śmiechu wywiesiłam na swoich drzwiach drugą kartkę, na której widniał sporządzony wielkimi jak woły literami napis „NIE JESTEM LEKARZEM!”

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz