Koza to zaiste osobliwe stworzenie boże. Kręci się tu i tam podskubując prawie wszystko co stanie jej na drodze, łazi, krząta się, hałasuje dzwonkiem przy okazji robiąc mleko. Kozy u Stasiaków miały jak w raju. Ani nie ogrodzone ani szczególnie pilnowane. Jeden tylko Korek co i rusz poganiał je na miejsce jak się która za daleko wyrwała i wlazła gdzie nie trzeba. Podchodził ją wtedy z tyłu lub z boku i namawiał po swojemu do powrotu. Gdzie się tego nauczył nie było do końca wiadomo. Stasiak przygarnął go jak pies miał rok a może więcej. Nikt nie wiedział skąd się tu wziął i kto był jego panem wcześniej. Po prostu przyszedł do siedliska i się tu zadomowił. Kóz pilnował od zawsze. Sam wyznaczył sobie tą powinność i sprawował ją wyjątkowo sumiennie. On słuchał kozich dzwonków, kozy słuchały jego a ja siedząc wieczorami na tarasie słuchałam tej całej menażerii nie mogąc wyjść z podziwu jak ta psio-kozia machina sprawnie działa.
Tamtego wieczoru siedziałam tak właśnie na schodkach tarasu oparta plecami o pionową belkę ze zdjętymi butami kiedy ni stąd ni zowąd na moją duszę spłynął błogosławiony sen. Z nadmorskiego domostwa odleciałam do stolicy Rosji gdzie nie wiedzieć czemu zaczęłam brać udział w akcji wydobywania własnego samochodu z rzeki. Właśnie nadjeżdżał holownik, który miał mi pomóc w biedzie kiedy za uszami zadzwonił jakiś dzwonek i gwałtownie przebudziłam się niemal osuwając ze schodów. Potrząsnęłam kilka razy głową informując sama siebie, że chyba usnęłam. Rozejrzałam się dokoła. Kozy wędrowały pomału do szopy na spoczynek. Dzień miał się ku końcowi. Wyciągnęłam rękę po kubek, który opróżniłam przed chwilą z herbaty i zaczęłam szukać stopami kapci, które położyłam na schodku niżej. Nic tu po mnie - pomyślałam – kozy już się zbierają to i ja też się położę. Tylko gdzie ja te kapcie podziałam? Wydawało mi się, że je tu kładłam. Tylko gdzie? Rozejrzałam się po całym tarasie, schodkach i po ławeczkach. Nie ma. Zeszłam z tarasu żeby zerknąć czy może nie spadły gdzieś na trawę. Stanęłam na chwilę za domem rozglądając się za czerwonym kolorem obuwia kiedy nagle zza winkla wyłoniła się ona. Średnich rozmiarów koza, szara, z dzwonkiem na szyi, w drodze do szopy. Nasze spojrzenia spotkały się. Stałyśmy tak krótką chwilę mierząc się wzrokiem. Ja na boso z szeroko otwartymi oczami w rozkroku ona z do połowy już skonsumowanym moim trampkiem w pysku.
- smakują ci takie rzeczy? – zapytałam nie spodziewając się przecież odpowiedzi – zobaczysz, ja też ci zeżrę kapcie jak do mnie przyjedziesz ty cholero… - pogroziłam zwierzakowi i wróciłam na boso do domu. Bo co innego miałam zrobić w tak osobliwej sytuacji?


Brak komentarzy:
Prześlij komentarz