Tak właśnie wyobrażam sobie sielskie wakacje, które przeżyłam i do których mam nadzieję powracać

poniedziałek, 3 września 2012

Na wolności

Pierwszy obiad na wolności dostałam za darmo od lasu.
- gdzie będziemy dzisiaj jedli? – spytałam Adama polegującego w rozciągniętym między drzewami hamaku.
- tutaj.
- jak to tutaj? – spytałam z niedowierzaniem spodziewając się raczej czegoś w rodzaju „pojedziemy do knajpy, na pizzę, na kebab… do miasta”.
- no rozejrzyj się dokoła – skinął ręką leniwie podnosząc głowę - tu jedzenie znajdziesz na każdym kroku. Stasiakowie upieką nam chleb. Już zamówiłem. Za parę minut idę po mleko do sąsiadów a potem nazbieramy sobie grzybów do kaszy gryczanej. A jak się trafi po drodze jakaś jabłonka to na wieczór będziesz jadła placki z jabłkami. Może być?
- może! – krzyknęłam z zachwytu - sto lat nie jadłam takich placków…
- czas najwyższy. To co, idziemy? – spytał schodząc z hamaka.
- gdzie?
- no po mleko…
- ach tak, mleko. Od krowy? – spytałam bez zastanowienia.
- no przecież nie od kota… Ach ty moja businesswoman. To jest wieś. Tu nie chodzi się do Piotra i Pawła. Bierz koszyki i bańkę z werandy. Idziemy.  

Zapach tamtej gryczanej z leśnymi grzybami zabiorę ze sobą do grobu. Jeszcze wczoraj jadłabym cokolwiek byle szybko. Dziś siedziałam rozparta na trawie pod wspaniałym sielskim niebem z dymiącym talerzem gryczanej z grzybami na kolanach i nie mogłam się nadziwić jak wiele wspaniałych rzeczy odstawiłam na całe lata do lamusa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz