Tak właśnie wyobrażam sobie sielskie wakacje, które przeżyłam i do których mam nadzieję powracać

niedziela, 2 września 2012

Morze

Morze wyłoniło się przede mną nagle. Wielkie. Po horyzont. Spokojne. Z niebem wchodzącym do wody. A może na odwrót. Byłam tu pierwszy raz. U nas w domu jeździło się nad jeziora i w góry. Nad morzem nie byłam nigdy. Zatrzymałam rower, którym przyjechałam tu od Stasiaków i weszłam bosymi stopami na piasek. Pierwsze wrażenie było zaskakujące. Piach znałam jedynie z placu budowy moich rodziców i Wiślanych łach za miastem. Szorstki i gruby. Nie miał nic wspólnego z tutejszym atłasem. Nie mogłam uwierzyć w różnicę.
- to naprawdę jest piasek? – spytałam z niedowierzaniem Adama.
- a co innego? – dziwił się mojej niewiedzy.
- taki miły?! Jak ten w klapsydrze do gotowania jajek. Jak ją kiedyś rozbiłam to właśnie taki piach się wysypał. Jakie to miłe. Przejdziemy się brzegiem?
- poczekaj oddamy rowery do przechowalni tu obok. Przejdziemy się do tamtego zakrętu, zjemy rybę, tam jest najlepsza i wrócimy za jakąś godzinkę, półtorej…
Adam miał wszystko pod kontrolą. Był tu nie raz, znał każdą dziurę i dziuplę. Wiedział gdzie kupić dobrą rybę i kto smaży je najlepiej. Wiedział, że nad morzem je się to co pływa tutaj a nie norweskiego łososia, że flądra powinna mi raczej smakować i że na końcu miasteczka jest niezła wędzarnia a jak się pospieszymy to zdążymy przed zamknięciem stoiska z najlepszymi śledziami w okolicy. Nie mylił się. Jak zwykle. Flądra naprawdę bardzo mi smakowała. Do kitu z norweskim łososiem! Niech żyje Bałtyk! 



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz