Do państwa Stasiaków dotarłam bez problemów. Tu czekał już na mnie Adam. Tyle razy namawiał mnie na odpoczynek. W końcu pojechał sam. Mojej nagłej wizyty wcale się nie spodziewał.
- Coś ty zrobiła?! – przywitał mnie z wszystko mówiącym uśmiechem na ustach - tak zostawić biedną firmę w potrzebie… – wyraźnie drwił sobie ze mnie i całej tej niecodziennej sytuacji. Po tylu latach spędzonych razem zdążył się przyzwyczaić do samotnych wyjazdów i moich ciągłych wymówek podpartych wiecznie żywym hasłem „gonią mnie terminy”.
- więcej tam nie wrócę – oświadczyłam krótko - porozmawiamy o tym później. Teraz pokaż mi tych twoich Stasiaków i wszystkie te cuda – wyrecytowałam jednym tchem łapiąc Adama za rękę w nadziei na udany spacer po ogrodzie.
Adam jak zwykle miał rację. Dom Stasiaków zachwycał każdym kątem. Gospodarze
przyjechali tu z Niemiec, gdzie zarobili trochę grosza i kupili dom w opłakanym stanie. Stał samotny na wzgórzu. Z oberwanymi okiennicami, odpadającym tynkiem i zapomnianą przez listonosza skrzynką na listy. Jedynie nietoperze i polne myszy ciągle o nim pamiętały wracając co noc pod jego dach. Koło domu praktycznie nie dawało się swobodnie przejść. Nawłoć na spółkę z krzakami dzikiego głogu zajęła całe podwórze i przydomowy ogród. Prawie nie było widać jabłoni a co dopiero mówić o zagłuszonych krzakach porzeczek i agrestu rosnących tu i tam. O przejściu bez porządnej maczety nie było mowy. Dom wymagał gruntownego remontu toteż stał nietknięty latami. Potencjalni nabywcy przychodzili i odchodzili, oglądali i załamywali ręce. Próbowali negocjować cenę, że niby to i tak do rozbiórki, że niby to na odludziu, że niby to ruina… Kręcili nosami, wzruszali ramionami i jak zawsze kończyło się na niczym. Dom spokojnie czekał i marniał… Stasiakowie zjawili się tu pewnego roku wczesną wiosną. Mieli pomysł i trochę gotówki. Ktoś powiedział im o starym domu na wzgórzu, że jest, że czeka, że nędzny, ale może…. Przyjechali zerknąć. Właśnie zaczynała się wiosna, słońce zdążyło już ogrzać zmarzniętą ziemię na tyle, że tu i ówdzie nieśmiało swoje głowy powystawiały pierwiosnki a miejscowe wróble kręciły się jak poparzone szykując sobie gniazda gdzie który mógł. Stasiakowie stanęli przed domem pomiędzy dwoma starymi kasztanami wyznaczającymi wjazd do siedliska i od razu wiedzieli, że tu jest ich dom. Bez namysłu podpisali akt notarialny i zabrali się do przywracania staruszka do życia. O rozbiórce nie było mowy. Odbudowa trwała rok. Latem Stasiakowie mieszkali w prowizorycznym ogrodowym domku postawionym na prędce w ogrodzie, potem przenieśli się do środka pomieszkać - jak mówili „na ciepłym placu budowy” - do następnego lata. Dzień po dniu wyłaniały się kolejne pokoje, łazienki, kuchnia z malutkimi oknami i jadalnia, salon z narożnym kominkiem i ceglanymi ścianami, ogród spod łodyg i korzeni nawłoci i stara studnia. Właściciele pracowali równie ciężko jak wynajęci pracownicy. Stasiak sam zrywał starą drewnianą podłogę i składał dechy na stercie pod wiatą. Nie chciał tego zajęcia powierzać nikomu – tak dobrej dechy – mówił – nigdzie się teraz nie znajdzie, a podłoga będzie z niej jak nowa. Stasiakowa rozkładała rano warsztat i do wieczora szlifowała odzyskane dechy i własne palce przy okazji do żywego. Potem woskowali je razem szmatkami i podłoga wracała na swoje miejsce. Jak nowa. Po podłodze na warsztat wjeżdżały stare meble, resztki zapyziałych landszaftów, poniemiecki kamień z napisem gotycką czcionką, wiekowy rower i piecowe kafle. Lata spędzone w zagranicznym ordnungu nauczyły Stasiaków poszanowania dla tego co jest. Stasiak nie raz wybiegał za pracownikami pakującymi do wywózki jakąś stertę gratów - To się mi jeszcze przyda panowie! – wołał za nimi utyskując pod nosem na ludzką marnotrawność i wdrapywał się na kontener żeby spod ton gruzu i toreb po cemencie wygrzebać starą, mosiężną klamkę do drzwi. Dom miał być taki jaki był. To co się dało Stasiakowie odzyskiwali od razu nastrzykując przy okazji nowym życiem, to czego nie zdołali uratować znajdowali na targach staroci, internetowych aukcjach i w sąsiednich szopach. Taki mieli dar. Przywracania do życia.
Adam był już u nich kilka razy. Nie raz też opowiadał mi o widoku z okien, o kozach, o wspaniałym serze, o zapachu łąki za płotem i grzybach z lasku za wydmami. Wszystko to miałam poznać teraz sama.
Jako pierwszy dech zaparł mi widok ze wzgórza. Stanęłam na brzegu ogrodu. Przede mną trochę w dole pod jabłonkami pasło się stadko szarych kóz. Dreptały sobie nie ogrodzone pod drzewami pobrzękując swoimi dzwonkami. Za nimi tworząc coś w rodzaju płotu górowały wyniosłe malwy i bordowe naparstnice. Usiadłam na kamieniu obok schodków prowadzących w dół.
- O kurcze!” – wyrwało mi się samo - i ty tu byłeś i nic mi nie powiedziałeś?! – odwróciłam się z wyrzutem do Adama.
- Żartujesz?! Tysiąc razy cię tu próbowałem zaciągnąć. Z resztą, nic nie mów tylko siedź i odpoczywaj. Przyniosę nam herbaty – powiedział wyraźnie zadowolony z mojej obecności.
Zostałam sama. Podparłam głowę rękoma i zamknęłam oczy. Powietrze pachniało latem, słońcem, pobliskim morzem i obietnicą zasłużonego odpoczynku. Cisza przerywana pobrzękiwaniem kozich dzwonków była mi tak bardzo potrzebna, tak bardzo droga a jednocześnie taka nierealna. Siedziałam jak zaczarowana poddając się działaniu życzliwego, czerwcowego słońca.
Moją medytację przerwał wilgotny stempel psiego nosa na policzku. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że nie jestem sama. Korek! Kudłaty owczarek gospodarzy uśmiechnął się do mnie swoim psim sposobem i przykucnął obok żeby popatrzeć na krzątające się kozy. Kochane psisko. Znałam go tylko ze zdjęć a dziś siedzi koło mnie i podtyka mi łeb do głaskania. To nie mogła być ta sama planeta. Uszczypnęłam się w rękę i spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwunasta. Dwunasta? Dopiero. Czy ktoś zatrzymuje tu nawet czas?
Moją medytację przerwał wilgotny stempel psiego nosa na policzku. Otworzyłam oczy i zobaczyłam, że nie jestem sama. Korek! Kudłaty owczarek gospodarzy uśmiechnął się do mnie swoim psim sposobem i przykucnął obok żeby popatrzeć na krzątające się kozy. Kochane psisko. Znałam go tylko ze zdjęć a dziś siedzi koło mnie i podtyka mi łeb do głaskania. To nie mogła być ta sama planeta. Uszczypnęłam się w rękę i spojrzałam na zegarek. Dochodziła dwunasta. Dwunasta? Dopiero. Czy ktoś zatrzymuje tu nawet czas?






Bardzo ładny tekst. No i dom piękny. Na pewno będą dalej czytać. Jutro:)
OdpowiedzUsuń